parki blog

Twój nowy blog

Czasami wpisuję te kilka literek w okienko, by wspomnienia zatrzymać.

gone

1 komentarz

Nie mogę pisać, nie mogę być. Wybaczcie.

Obieram kierunek na szalone wakacje. Odnajduję siebie.

Strzępkowych wieści na temat mojego życia proszę szukać u Flying.

Ps. Leila… wróć.

      Bardzo szybko w tym roku zaczyna się czas moich vojaży. Niedość, że nasze województwo ma ferie w pierwszej kolejce, to jeszcze tydzień wcześniej „zrywam się” ze szkolnych obowiazków. Choc może niezupełnie.

      Pierwsza wyprawa w głąb lądu – 25 osób, w tym z mojej klasy aż 19. Nareszcie mamy prawie „klasową wycieczkę”. Jedziemy na spotkanie z Bremeńczykami na styk granicy polsko-niemieckiej niedaleko Görlitz/Zgorzelec. Może dużo będzie pracy. Cieszę się i na to!
      Następnie samotna podróż: pociagi, pksy, taksówki? sama jeszcze nie wiem… Wszystko poto by dotrzeć do Czech, na narty.
Zaczynam się cieszyć, że już jadę. Chciałam później, ale skoro dają – biorę.

     Wyczekujcie za dwa tygodnie. Mam dużo do powiedzenia, ale niestety propocjonalnie do tego mało czasu. Teraz jeszcze brak komputera.

Wolność!…

~L~ – no przecież! w końcu „dla/przez Ciebie” czytałam „Godspeed”. Wiesz, też mnie zaskakujesz. Od lat wyczuwam połączenie dusz ;-)

      Potrzebuję tych świąt, by móc wreszcie przeczytać to wszystko, co z wyrzutem na mnie spogląda. Nareszcie książkę Jona Krakauera „Wszystko za życie”, którą przecież spod Ziemi wydobyłam. (Wściekam się, bo filmu „Into the Wild” u nas nie będzie… chyba, że Sean Penn i Eddie Vedder pozdobywają Oskary i może polskie kina się zreflektują.) Chcę dokończyć „Skrytobójcę”, bo książka (a tak po prawdzie trylogia) jest naprawdę znakomita, ale jak każde cudne i długie dzieło czyta się ciężko, gdy posuwasz się średnio 3 strony tygodniowo.
      Muszę mieć chwilę na rozwój językowy, bo ostatnio bardzo tego potrzebuję. „Polsko-angielsko-niemiecki” (kolejność przypadkowa). Mam wenę i liczne zrywy, chcę to wykorzystać.
      Dodatkowo kilka sekund na te ciągłe zapomnienia, na nieprzerwane oglądanie tych samych wideo z lat ’90, a także tych najświeższych. Chwilka na zakodowanie nowych informacji (to take sb. for granted / to take sth. for granted…)
      Staję się coraz to większą wariatką. (głęboki ukłon dla Eddiego Veddera), ale najlepsze co mogłam znaleźć na swej drodze. (Pojawił się, taki biedny…, to przygarnęłam.) Trzeci facet z szklanego ekranu, który stał się integralną częścią mnie. Po prostu wessałam.
      Dano mi to, czego dawno nie miałam. Kilka dźwięków, których barw nie znałam, a urozmaiciły rzeczywistość. Oderwanie mentalne i ten krzyk emocji bez gardłowego krzyku. Rozładowanie negatywnych emocji za pomocą agresywniejszej nuty. Uśpienie i uspokojenie wnętrza z głęboką i ciepłą barwą Gibsona lub przeciwnie – z wyrazistą, bardziej surową Fendera. Ten głos… czasami odcinam się i mam wrażenie jakby wszystko było ‚a cappella…
      Mimo to okazuje się, że nie popadam w całkowitą paranoję. To, że widzę na opisach słowa z Pearl Jamu, że czytam w Waszych Światach tytuły piosenek, przestaje wydawać się chorobą, zaczyna normalnością. Fajnie. Kolejny uśmiech wędruje na twarz, dzięki Wam. Zwłaszcza dzięki ”Nothing as it seems” i historii niepoznanej płyty… :)

      Napisać felieton. Wyzwanie na najbliższy czas.

Tęsknię za ciepłem i spacerem brzegiem morza…

      Gdzieś gnam, zmierzam przyspieszonym krokiem. Dokąd? Nie wiem.

      Ile ponad normę jestem w stanie zrobić? Więcej nie umiem. Muszę mieć czas dla siebie na warkot w głośnikach, na dziki taniec przed lustrem, na herbatę celebrującą jedną wielką chwilę nic nierobienia. Potrzebuję małej bieganiny po ulubionych stronach w Internecie, na rozmowę z kimś (niewypowiedziane myśli coraz częściej uciekają w przestrzeń…)

      Ludzie denerwują mnie swoimi niepotrzebnymi uwagami, cynizmem, agresją i tą chłodnym stosunkiem do całego świata. Indifference. Próbuję sobie tłumaczyć, że to ich mury obronne, że oni nie chcą świadomie ranić ani mnie, ani nikogo innego.
Wszyscy chowają się w swych skorupach, atakowani z każdej strony przez własne problemy. Tak bardzo skupieni na własnej obronie. Może ja też już nie umiem machać dwoma mieczami równocześnie? Zabijać własnych wrogów i chronić jeszcze tych, co stoją obok? Brakuje mi mobilizacji i determinacji do walki. Gdybym sięgnęła po topór i z nienawiścią i rozmachem uderzyła na przeciwników? A tak… podkarmiana truciznami, z coraz to nowo podrzuconymi pod nogi kłodami, brnę tylko stawiając coraz to lepsze mury we własnej głowie. Nie skupiam się już na walce i wyzwoleniu, a na samym przetrwaniu.
Nie wiem jaką taktykę przyjmę dnia następnego i tego co przyjdzie po nim…
Tak. Boję się, że walka będzie za ciężka i że ostrze przebije mnie na wylot. Lepiej schować się w kąt i udawać dzielną. Liczę dni przewidywanego końca wojny. Obawiam się, że pomylę się w obliczeniach.

Uparcie wmawiam sobie, że to tylko depresyjny stan przywleczony przez zimę. Kryzys, który pokona najlepsza broń. Magią z wnętrza – mój niepokonany optymizm.

Ps. Mam dosyć gadania, że sama sobie to wybrałam. A co miałam innego wybrać do jasnej cholery?!
Mhm. Takie życie w dwójce.

      Wpatruję się w pustą przestrzeń korytarza prowadzącego w dół z peronu stacji Wrzeszcz. Myśli romantyczne szepczą, że może będziesz tędy przechodził. Rzuciłabym się z krzykiem w dół schodów, zatrzymała Cię. Z zaciśniętym gardłem i gorącymi policzkami wydukałabym kilka słów gratulacji. To byłby przecież zwykły zbieg okoliczności albo przeznaczenie. W końcu to za Twoich czasów zaczęłam wyznawać zasadę, że nic nie dzieje się przypadkowo.
      Naokoło tylko zbieżności wydarzeń dzisiejszych z tymi kilkuletnimi, ale nic ponadto.
      Po latach, po wygaśnięciu tych gwałtownych emocji, byłeś w stanie mnie poruszyć. Nie sądziłam. Już za nami wczesne nastoletnie lata. Mniejszy dystans, mniejsza nieśmiałość, a mimo to nie mogłam podejść. Czyżbym w ten sposób nie przyznała przed sobą i Tobą, że na czymś może mi zależeć?
      Odchodzę po 10 minutach od przejścia, w którym się nie pojawisz. Wyjmuję notes i ołówek. Notuję.
      Nadjeżdza moja skm-ka. Jest 21:42.

      Jeszcze się spotkamy, a ja Ci pogratuluję. Jak (prawie) zawsze wirtualnie – tak lepiej. I prześlę parę pozytywnych emotikonek.

      „Doubieram” się bez przerwy. To jeszcze dodatkowy sweter, koc lub chociaż flanelowa koszula ląduje na potrójnej warstwie ubrań. Herbata za herbatą i latanina do małego urządzenia, które jest panem i władcą ciepła w mieszkaniu. Nawet już nie wyglądam za okno, bo chęć zaśnięcia na biurku wzrasta.
      Zmęczona przeciągam się na łóżku pod polarowym kocem. Zapalam pomarańczową i niebieską świeczkę. W tle soundtrack „Into the Wild”. Mogłabym przy tym zasnąć, spokojnie otulona, wciągnięta w głębię głosu E. Pearl Jamowe dźwięki to z pewnością nie jest wymarzony repertuar do poduszki, ale spokojne akustyczne dźwięki E. solo działają na mnie kojąco.
Przypomniał mi się on sprzed lat. Schowany w trawie – ładny pan z falującymi włosami. W Internecie trafiłam na Temple of dog. To było jak objawienie. Wiem, że go sobie nie wyśniłam. ;)
Coraz częściej przylatują do mnie dalekie wspomnienia. Śmiesznie sympatyczne i zupełnie nieskładne. Jak widać E. działa na mnie na różnych płaszczyznach. Może powinnam być poważniejsza, ale jak zwykle moje oczy gubią się w odbiciu z ekranu.
Lubię nieprzytomna jechać skm-ką do szkoły, wsłuchując się w pianino z „Black”. Wpadać do domu z myślą: „Ja MUSZĘ ‘przelać’ ten motyw na gitarę”. Udało się, ale ćśś. Moja ręka przecież nie może grać.
Tururutu tu ru ru…

I chociaż trochę mniej zimno.

parcia.jpg

      Trzymam rękę w tym dziwnym urządzeniu w kształcie walca z dziurą, który wytwarza pole magnetyczne. Pierwszy raz nie czułam nic. Tata mówił, że to dobrze, bo lepiej nie wiedzieć, jak takie pole działa i co może robić. Zaczęłam czuć. Takie dziwne wewnętrzne działanie i wytwarzanie (czegoś…). Autosugestia czy moje mięśnie, nerwy, kości i ścięgna zostają poddawane magicznym właściwościom?
Następnie podłączają mnie do prądu, a przed tym zabiegiem smarują mała część ręki żelem z lignokainą (lidokainą), co za każdym razem przypomina mi piosenkę Kultu „Grzesznik” i słowa: „wstrzyknąłem mu [księdzu] w nogę lidokainę”. Zawsze kojarzyło mi się to z jakimś narkotykiem, tzn. bardziej środkiem usypiającym. Trochę się pomyliłam, bo ten specyfik to lek przeciwbólowy, służący do miejscowego znieczulania.
Znieczulają mnie, a potem podłączają do prądu. Oto prawda. Dodatkowo jeszcze płacę za to w grubych złotówkach.
Trzecim i ostatnim zabiegiem mojej rehabilitacji jest laser. To, to już w ogóle czarna magia. Nic nie widać, a znowu coś robi. I jeszcze tata mówi: „uważaj, bo…”.

Rany. Ja się boję!

(I jestem beznadziejnie zmęczona, a tu jeszcze taki psikus – o, właśnie teraz weekend z Gdańskim Areopagiem. Debaty. Czuję się bezsilna i zawiedziona – na połowie programu nie jestem w stanie się pojawić z braku czasu i/lub innych zajęć.)

      Gdy o czymś opowiadam, co powinno w końcowej fazie zmierzać do jakiejś puenty, dlaczego, dlaczego(!) temat zostaje zmieniony i zupełnie pominięty? Wymaga się zainteresowania, pełnego odbioru uczuć i nastrojów, a co dostaje się w zamian?
Nie róbcie skrzywionych min, kiedy nagle znikam i nie kręcę się obok. Czuje się jak lektura z wypożyczalni. Brana tylko do własnych interesów, a niedoceniana pod względem treści. Za mało czasu na analizę i interpretację czcigodnej mej osoby.

——–
Niepowiązane z powyższym:

      Wiedziałam, że nigdy nie będzie tak jak sobie to wyobraziłam, bo jednak zbyt często działamy na zasadzie połączonego oleju i wody. Przytakuje, ale czasami zupełnie nie rozumiem jak w ogóle można tak myśleć, tak postępować. Siadam z herbatą i długo analizuję. Po długich minutach przychodzą wnioski i zrozumienie, choć nie aprobata. Wstaję z fotela, wzdycham głęboka i przewracam oczami.
Nie mam już na nic wpływu.
Mimo wszystko czuje tylko lekkie rozżalenie i idę dalej, bo nie ma, co już mnie na tyle wzruszać i doprowadzać do skrajnych frustracji, bym szykowała pięści do bitwy.

      Ciężko wyobrazić, wymyślić, nakreślić i stworzyć własna przemianę. Wyciągam z „nie moich” szafek stosy materiałów, które próbuje dopasować. Miliony barw, kształtów i ja w środku – pewna siebie, że sobie poradzę.

      Nagle dochodzi do wieczornej konfrontacji. Ja i mama. Mój niepohamowany potok słów (zawsze nie do pobicia, ale dziś dodatkowo pełen jakiś dziwnych dziewczęcych uczuć i szczerości, które ostatnio ukrywam nawet przed tą oto moją wierną i kochaną powierniczką,. Bynajmniej nie specjalnie.) Góra pytań i zaskakujących odpowiedzi. Może to przez to, że ostatnio nie dzielę się z mamą wszystkimi myślami rodzącymi mi się w głowie? Instynktownie wyczuwam, że mama jest zmęczona nowymi studiami i pracą i już brak jej siły na zbędne „bzdury”?

      Jednakże, co się aktualnie ze mną dzieje?
Skąd właśnie w tym momencie po latach przeglądam zakurzone materiały z Ich Troje i postanawiam wszystko poukładać i dopiąć na wieczną pamiątkę bez bałaganu?
Skąd ta nowa gwałtowna miłość do grunge’u, do Pearl Jamu, do Eddiego Veddera? Skąd to przeczucie wieczności i pewności? Tak maniakalnie, całym sercem, że po czterech upojnych tygodniach wpadam do Media Markt i owszem z przeceny, ale zakupuję płyty. Od razu sztuk dwie, bo musze, musze je mieć. Gdzie rozwaga i wstrzymanie? Po dwóch tygodniach od pierwszych dźwięków decyduję, jakie DVD koniecznie chciałabym posiąść.
Zawsze liczyłam pieniądze. Zawsze czekałam miesiące…

      Na przekór swoim doświadczeniom i zasadom dziś wygłaszam wzniosłe wyznania dozgonnej lub chociaż długoterminowej miłości. Zaczarowana czy postrzelona? Ha! A mimo wszystko gdzieś głęboko pod skórą boje się rozczarowania. Bo za mało jeszcze wiem, za mało znam.
Przglądam jednak uparcie wszystkie filmy na youtube. Te pochodzące z początków lat 90. i te całkiem najnowsze. Tak, zachwycają mnie w każdej postaci. Eddie sprawia, że uginają mi się kolana zarówno jak jest młody i piękny >< jak i gdy jest miłym, śpiewającym znajomy po czterdziestce ><, i nawet jest bardzo urzekający z dzieckiem na kolanach i kobietą u boku ><

      Mama taż czuje się zagubiona i stawia różne pytania dotyczące muzyki – mojej muzyki, a ja robię dłuższą pałzę. Wołam tatę i po krótkiej naradzie nie znajdujemy odpowiedzi. Chyba gdzieś zgubiłam hierarchię. Ale czy jest ona najważniejsza? Sercem i duszą ostatnio wpadam w wiry cudów stworzonych przez różnych muzyków i nagle straciłam świadomość. Świadomość pewnego fragmentu tożsamości. Może właśnie mnie olśniło, że stoję na nowej ścieżce i boję się pochopnych decyzji, gdy wszystko wokół wiruje?

      Widzę Notowską trzymającą się za bluzkę i robiącą przecudne, takie SWOJE miny. Odtwarzam w pamieci Kult, już czwarty i nie do pokonania na żywo – jak zawsze. Rejestruje wszystkimi zmysłami Veddera… Uśmiecham się widząc mnie i Monię trące marchewki, nalewające soki z tej samej roślinki. I monitor z pełnym emocji koncertem Coldplaya.
I nagle cała wstecz i deszcz, parasol, trampki, krawężniki, mp3 z Incubusem i samotna ja.
Wstecz i ja w słońcu na ławce z podrygującymi kolanami. Arctic Monkeys.
Wstecz i pełne emocji Silbermond.
Wstecz i … Bryan.

Wsteczny się nie zacina. Idę dalej, aż na kraniec mej dziecięcej duszy.
Fajnie. Buduje moje nowe ja.

pj.jpg?t=1193862938

Youtube: Black (unplugged)   /   Alive   /   Jeremy (unplugged)

I poczułam się jak gorąca piętnastka… :)


  • RSS